Próbuję przywołać wspomnienia momentu rozpoczęcia tej wyprawy i opuszczania mojego domu rodzinnego w Bielsku. Jesteśmy w Turcji, za Stambułem, 2500 km od domu. Przed nami kilkanaście tysięcy kilometrów podróży po Azji Środkowej, potężne góry do zdobycia, drogi i bezdroża do pokonania. Ale na razie przestaliśmy się tym przejmować – dociskamy gaz, kilometry uciekają spod kół, jazda uspokaja. Najlepsze wciąż przed nami...

Poniżej zamieszczam mapkę z orientacyjnym planem naszej podróży. Ale z doświadczenia wiem, że jeszcze wiele rzeczy po drodze może nas zaskoczyć, więc pewnie ten plan i tak wyląduje w koszu.

Żadne z nas nie wyjeżdżało wcześniej tak daleko i na tak długo. Może dla doświadczonego podróżnika jest to bułka z masłem. Dla nas 3 miesiące w podróży, wspinanie na wysokie, dzikie góry i kilkanaście tysięcy kilometrów na kołach to naprawdę wiele. Początkowo do zagadnienia podeszliśmy z należytą błahością. Poskutkowało to tym, że nagle znaleźliśmy się w środku totalnego organizacyjnego chaosu z bardzo małą ilością czasu. Musieliśmy wymyślić trasę podróży, znaleźć cele i dowiedzieć się jak je zrealizować. Musieliśmy załatwić upierdliwe wizy do krajów przez które planujemy przejeżdżać. Musieliśmy zaplanować, zamówić i sprowadzić zapasy i sprzęt konieczny do działania w górach. A samochód, jak zawsze przed wyjazdem, postanowił zaskoczyć nas kilkoma nieoczekiwanymi naprawami. I to wszystko w ciągu kilku tygodni.

Także atmosfera przedwyjazdowa nie była wzniosła czy pełna oczekiwania, ale stresująca, napięta i gęsta jak powietrze na Śląsku. Właściwie, to ciężko mi było uwierzyć, że to wszystko się uda ogarnąć i wreszcie wyruszymy. Nadal trochę nie dowierzam, ale wszystko wskazuje na to, w nocy z 8 na 9 lipca 2018, w Warszawie, rozpoczęliśmy naszą podróż.

Moment, moment, ale jak to w Warszawie?! A tak to, że z przyczyn wizowo-formalnych zmuszeni byliśmy odwiedzić naszą „przepiękną” stolicę. Miało to jednak inny fantastyczny aspekt – naszą podróż rozpoczął koncert spektakularnych The Rollling Stones. Wybornie!

Oczekiwanie na mistrzów.
Oczekiwanie na mistrzów.

Mała dygresja: Niestety, z przykrością obserwowałem jak taki dobry koncert został zrujnowany przez beznadziejną akustykę Stadionu Narodowego. Dzięki PGE, świetna robota! Jednak, mimo tragicznego nagłośnienia, to show było wspaniałe. Także jeśli zamierzasz się wybrać na jakiś koncert na Stadion Narodowy w Warszawie, to nie wybieraj się, a znajdź ten sam w Berlinie czy innej Austrii. Ewentualnie nie żydź na biletach i kup przynajmniej Golden Cricle.

Po Warszawie zaliczamy międzylądowanie w warsztacie w Kętach u, ekhm, „najlepszych” mechaników. Mimo kilku wcześniejszych wizyt tamże i tak w dzień wyjazdu jesteśmy zmuszeni dokonać ostatniej szybkiej naprawy – ot, uroki motoryzacji!

Jak zawsze przed wyjazdem.
Jak zawsze przed wyjazdem.

Po Kętach przychodzi czas na postój w moim domu rodzinnym w Bielsku, aby dopakować pozostałe zapasy, zatankować paliwo i wodę. Cały czas prześladuje nas myśl: jeśli zapomnimy czegoś istotnego, to przez najbliższe 3 miesiące będziemy zmuszeni sobie funkcjonować bez tego. Atmosfera jest napięta. I wreszcie, gdy stwierdzamy, że mamy wszystko co może być potrzebne, przychodzi czas pożegnania. Stres zostaje zastąpiony przez smutek. Gdy przekraczam próg domu, to zadaję sobie pytanie: czy jeszcze kiedykolwiek tutaj powrócę. Czy tak właśnie powinno się rozpoczynać wymarzoną wyprawę?

Gdy ruszamy i powoli oddalamy się od Bielska, smutek zastępuje nostalgia, a z biegnącymi kilometrami i ona znika. Działanie leczy z lęku. Wyruszyliśmy, wreszcie!

Zabrani autostopowicze musieli zostać wymyci w Czarnym Stawie (morzu?), bo śmierdzieli.
Zabrani autostopowicze musieli zostać wymyci w Czarnym Stawie (morzu?), bo śmierdzieli.

Słowacja, Węgry, Serbia i Bułgaria za nami. Właśnie mkniemy przez Turcję. Pierwszy przystanek coraz bliżej. Swanetio, nadjeżdżamy!

Wrota do Azji.
Wrota do Azji.